?>

Ekipa TVN w Gościńcu Rabe

Wspólnie z ekipą TVN przygotowaliśmy krótki reportaż na temat zimowych atrakcji w Bieszczadach ….

Więcej ›

Drugi oddech Bieszczadzkiej Grupy Twórców Kultury 16.03.2014 · 13:17

Trzy tygodnie temu minęły 36 urodziny Bieszczadzkiej Grupy Twórców Kultury. Jednak kto z nas dzisiaj pamięta, co to za grupa oraz skąd się ona wzięła? W świadomości społecznej Bieszczadów, niewielu jest takich, którzy zdają sobie sprawę z jej długoletniej historii i z tego jak silny wywarła  wpływ na późniejszy kształt kultury ludowej regionu bieszczadzkiego.

Bieszczadzka Grupa Twórców Kultury (dawniej Bieszczadzka Grupa Twórców) to jedno z najstarszych stowarzyszeń w Bieszczadach (o ile nie najstarsze). Powstało w 1978 roku z inicjatywy bieszczadzkich twórców ludowych m.in: Andrzeja Wasilewskiego „Połoniny”, Leona Chrapko, Jana Ligaja oraz Zdzisława Pękalskiego. Założyciele galerii od samego początku przejawiali dużą aktywność w przestrzeni kultury. Podstawowym zadaniem stowarzyszenia było prowadzenie działalności artystycznej ściśle związanej z regionem bieszczadzkim oraz zbliżenie wszystkich twórców regionu, prezentację ich dzieł a także wymiana doświadczeń nie tylko między nimi ale również z podobnymi grupami działającymi wówczas na terenie Polski. Początkowo BGT skupiało w swoich szeregach ok. 30 osób stanowiące dziś swego rodzaju ikony bieszczadzkiej twórczości ludowej. W tym samym roku powstała Galeria Sztuki „Synagoga” w Lesku, w której przez kilkanaście lat członkowie BGT eksponowali swoje dzieła cieszące się uznaniem wśród miejscowej ludności i turystów. Działalność „Synagogi” trwa po dzień dzisiejszy, organizując m.in. coroczną wystawę pt. „Bieszczadzkie Zadumania”, prezentującą dzieła artystów z całego regionu bieszczadzkiego. W 1992 r. stowarzyszenie otrzymało drewniany budynek w Zagórzu, który artyści zaadaptowali na swoją własną galerię. W tym też czasie nazwa BGT została przemianowana na Bieszczadzką Grupę Twórców Kultury.

Z czasem do stowarzyszenia dołączali nowi artyści bieszczadzcy i grono członków znacznie się powiększyło. Przez długi czas stowarzyszenie w Zagórzu jak i jego galeria były bardzo aktywne i organizowane przez nie inicjatywy cieszyły się popularnością wśród lokalnych społeczeństw.  Niestety po pewnym czasie wielu z twórców stowarzyszenia poszło swoją własną drogą, tworząc liczne autorskie pracownie rozlokowane w całych Bieszczadach. Po latach aktywności  w Galerii na jakiś czas zapanowała stagnacja.

Mamy rok 2014. Od założenia galerii, minęło już sporo czasu. Po latach uśpienia i społecznego zapomnienia stowarzyszenie oraz galeria doczekały się swojego drugiego oddechu. Poprzez działania młodszego pokolenia bieszczadników, BGTK powoli nabiera nowych kolorów.

Galeria BGTK w Zagórzu (fot. Karol Prajzner)


Smutek maszera 04.03.2014 · 19:23

W Bieszczadach, które ze względu na swoją bezkresną przestrzeń oraz surowy, górski klimat, nazywane są polską Alaską, już od 10 lat nieprzerwanie odbywają się Wyścigi Psich Zaprzęgów. Co roku na przełomie stycznia i lutego, w malowniczych Lutowiskach oddalonych zaledwie 14 km od naszego Gościńca, rywalizują między sobą liderzy psich zaprzęgów wraz ze swoimi czworonożnymi przyjaciółmi. Na trzy dni Lutowiska zamieniają się w bieszczadzką stolicę sportów zimowych stając się areną, na której ludzie i ich pupile stają w szranki z dziką przyrodą.

Od 2004 r. w zawodach, zaliczanych do Pucharu Polski, wzięło udział ponad 50 ekip z Polski i całej Europy. W skład psiego zaprzęgu wchodzi zazwyczaj od 6 do 12 psów, rasy: husky syberyjskie, alaskańskie malamuty oraz psy grenlandzkie. Wyścig „W Krainie Wilka” rozgrywany jest na średnim dystansie, a rywalizujący ze sobą maszerzy i ich psy maja przed sobą do pokonania ok. 150 km trasę, podzieloną na cztery etapy. Najciekawszą i zarazem najniebezpieczniejszą częścią zawodów jest etap nocny, gdzie jedynie przy świetle księżyca, dowodzący psimi zaprzęgami zdani są wyłącznie na intuicję i umiejętności swoich czworonożnych podopiecznych. Ze względu na uwarunkowania geograficzne Bieszczad, cała trasa nie należy do łatwych, a niejednokrotnie o zwycięstwie decyduje doświadczenie maszerów.

W trakcie zawodów publiczność może cieszyć się obecnością przyjaznych czworonogów oraz obejrzeć z bliska zaprzęgi oraz porozmawiać z właścicielami i opiekunami psów. Co śmielsi mogą nawet spróbować własnych sił w powożeniu zaprzęgiem. Przez całe trzy dni mają miejsce prezentacje rasowych psów, projekcje filmów opowiadających o psich zaprzęgach, gry, zabawy i konkursy dla dzieci wraz z rodzinami. Zwieńczeniem imprezy jest odbywający się co roku tzw: „Wieczór Maszera”, na którym przy akompaniamencie karpackiej muzyki goście i uczestnicy zawodów łączą się we wspólnej zabawie. Przy kuflu grzanego piwa można również podzielić się z zawodnikami swoimi wrażeniami dotyczącymi wyścigu, a także posłuchać ich własnych opowieści o tym magicznym sporcie.
Wyścigi Psich Zaprzęgów to nie tylko impreza sportowa. To swego rodzaju kultywacja jedności człowieka z naturą. To także próba przypomnienia dawnej kultury życia, w której człowiek przebywając w surowych, zimowych warunkach zdany był wyłącznie na swoich czworonożnych przyjaciół. Impreza przez swój charakter, podkreśla silny związek zwierząt z człowiekiem i pokazuje psa jako prawdziwego przyjaciela człowieka.

Zawody w Lutowiskach są bardzo popularną imprezą nie tylko w regionie. Niejednokrotnie gościła u siebie publiczność z najdalszych zakątków Polski a nawet z zagranicy. Ponadto promowana w różnych publikacjach turystycznych oraz promocyjnych regionu stanowiła jedną z wizytówek turystycznych Bieszczad na tablicach promocyjnych „Tworzyć z Naturą”, które w 2011r. prezentowane były na wystawie w Parlamencie Europejskim w Brukseli.

Niestety rok 2014 nie był dla psich zaprzęgów rokiem przyjaznym. Pierwszy termin jej realizacji przypadał na styczeń. Jednak z powodu niekorzystnych warunków atmosferycznych imprezę przeniesiono na luty, w którym z powodu braku śniegu została odwołana. Wyjątkowo ciepła zima odebrała organizatorom nadzieje na realizacje zawodów przed nadejściem wiosny. Głęboko wierzymy że za rok zima będzie nieco bardziej przychylna i nie zapomni, o tych którzy potrafią czerpać z jej obecności czystą radość. Zaś czworonożnym sportowcom ślemy pozdrowienia i czekamy z nadzieja na kolejne spotkanie już za rok.

 

 

 

 

 

„W Krainie Wilka” 2011 r. (fot. Karol Prajzner)


Piękną wiosnę mamy tej zimy 14.02.2014 · 15:02

Ostatnio z wielu ust bardzo często słyszę stwierdzenie: „ piękną wiosnę mamy tej zimy”. I owszem, wystarczy wyjrzeć przez okno żeby się o tym przekonać. Od kilku dni na naszych termometrach gości temperatura powyżej zera. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że mamy dopiero połowę lutego, miesiąca, który obfituje zazwyczaj w śnieg i siarczysty mróz. Zresztą od samego początku kalendarzowej zimy śniegu było jak na lekarstwo.

Wczoraj wieczór, widząc za oknem sypiący śnieg niejednemu z nas po raz kolejny zapaliła się iskierka nadziei, że może tym razem zima zawita na dobre. Niestety, wraz z upływem dnia białej pierzyny ubywa a zamiast aury zimowej panuje jesienna słota. Nie ma się więc co dziwić, że w taką pogodę zdecydowana większość woli siedzieć w domu.

Jeszcze nie tak dawno meteorologowie zapowiadali że będzie to zima stulecia. W tym sezonie, w porównaniu z rokiem 2012, dużo mniej turystów zagląda do ośrodków narciarskich, zwłaszcza narciarzy. Ci, którzy planowali dłuższy pobyt w górach z powodu niekorzystnych warunków atmosferycznych skracają go do minimum.

Przede wszystkim powody do narzekania mają właściciele wyciągów narciarskich, sprzedawcy sprzętów zimowych oraz instruktorzy. Ponadto, brak zimy daje się we znaki znajdującym się w pobliżu stoków, gospodarstwom agroturystycznym i lokalom gastronomicznym. Utrzymanie sztucznego śniegu na stokach jest bardzo kosztowne (wynosi nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych). Nie ma się więc co dziwić, że większości właścicieli wyciągów po prostu nie stać na ich utrzymanie i w wyniku tego są one zamknięte. Jakby tego było mało utrzymujące się od dłuższego czasu męczące opady deszczu jeszcze bardziej psują wszystkim humory. Oczywiście są i tacy, których ta sytuacja cieszy np. drogowcy (chyba każdy wie dlaczego;)) czy też budowlańcy- dzięki dodatnim temperaturom praca wrze i chaty rosną jak grzyby po deszczu.

W samych Bieszczadach znajduje się ok. 7 działających wyciągów narciarskich. Niestety w tym sezonie zimowym sporadycznie pracuje kilka z nich np. na Weremieniu, czy w Ustrzykach Dolnych. Do końca kalendarzowej zimy pozostało nam jeszcze 65 dni. Chyba wszyscy żywimy wciąż nadzieję na prawdziwie mroźną zimę, która pozwoli wyciągom narciarskim choć częściowo odrobić swoje straty a nam na białe szaleństwo.

Wataha w Gościńcu 29.11.2013 · 14:44

Nadchodzi zima. Długimi krokami coraz szybciej zbliża się ku nam razem ze sobą przynosząc kilka bieszczadzkich nowinek. Jedną z tych ciekawszych jest obecność w Bieszczadach ekipy filmowej, która pod patronatem znanej marki HBO odkrywa na nowo zapominaną cząstkę bieszczadzkiego świata. Jakiego dokładnie? Otóż, na tapecie filmowej znalazła się bieszczadzka straż graniczna. Świat pograniczników, który od zawsze przewija się gdzieś w tle świadomości lokalnej, filmowcy postanawiają wziąć pod lupę (lub kamerę jak kto woli) i przybliżyć nam nieco żywiej jego obraz.

Wielu mieszkańcom Bieszczadów temat filmu może wydawać się dość pospolity-w końcu straż graniczna stanowi tu od zawsze część krajobrazu. Jednak przy głębszym zastanowieniu okazuje się, że tak naprawdę niewielu z nas zdaje sobie sprawę jak ciężka i niebezpieczna jest praca, którą wykonują i jak naprawdę wygląda świat pogranicznika. Dziś wielu młodych ludzi z mundurowymi ambicjami pragnie dostać się do straży granicznej. Także wielu z nich się to udaje, jednak ich zderzenie z rzeczywistością nie zawsze pokrywa się z wcześniejszymi wyobrażeniami o tej pracy.

Aktualnie w strukturach organizacyjnych Straży Granicznej działa 11 oddziałów Straży Granicznej, a jej główne placówki mieszczą się m.in. w: Medyce, Ustrzykach Górnych, Krościenku i Sanoku. Pracy im nie brakuje, tym bardziej że Bieszczady graniczą z dwoma krajami naraz, a mianowicie ze Słowacja i Ukrainą. O ile sąsiedztwo z tym pierwszym, uwolnione od bramek przejść granicznych, (zdaje się być dość spokojne, o tyle przy wschodniej stronie polsko-ukraińskich lasów praca naszych pograniczników prezentuje dużo więcej barw. Barw zarówno tych ciepłych jak i tych bardziej ponurych.

Praca bieszczadzkiego „strażnika teksasu” to nie tylko siedzenie w budce i pilnowanie ruchu na przejściu granicznym, w oczekiwaniu na kolejny papierek do przybicia. Jest to przede wszystkim ochrona „zielonej granicy” przed przemytnikami, nielegalnymi imigrantami itp. Niejednokrotnie praca pogranicznika wiąże się ze stresem, który często okazuje się zbyt ciężką próbą dla wielu z nich. Szczególnie, że wielu naszych przedsiębiorczych krajanów, a także przyjaciół z Ukrainy nie pozwala im się nudzić, co rusz dostarczając nowych emocji. Jakich? Wiele z nich obrazuje nam właśnie film „Wataha” bo i o nim cały czas mowa. W jedną z głównych ról wcielił się Bartłomiej Topa, na dużym ekranie znany przede wszystkim amatorom kina Wojciecha Smarzowskiego, z takich filmów jak: „Wesele”, „Dom Zły” czy Drogówka”. Na planie towarzyszą mu m.in Leszek Lichota, Marian Dziędziel wcielający się w postać niemego Szeptuna, a także Magdaleny Popławskiej czy Dagmary Bąk odgrywającej rolę najmłodszej z członkiń tytułowej watahy.

 

(źródło: http://rzeszow.gazeta.pl/rzeszow/51,34962,15000101.html?i=1, „Wataha” Fot. Krzysztof Wiktor)

Ekipa zajmująca się budową scenografii w filmie „Wataha” przez kilka ostatnich dni zamieszkiwała u nas w Gościńcu. Ciekawie jest poznać co nieco z ich filmowego świata.

Bieszczadzkie cerkwie – akcje ratunkowe minionej epoki 12.11.2013 · 12:57

Cerkiewna architektura Bieszczad od wieków wrośnięta była w południowo-wschodni krajobraz Polski, stanowiąc tym samym część jego kultury. W związku z tym nie sposób było przejść obojętnie obok niszczejących i popadających w ruinę cerkwi, których opłakany stan wyraźnie widoczny był już na początku lat 50-tych XX w. Szereg świątyń uszkodzonych było nie tylko przez niszczycielskie działanie czasu, ale w znacznej mierze przez ludzką działalność, a wyposażenie większości z nich było rozkradzione i zniszczone. Władza komunistyczna w owym czasie odznaczała się całkowitą biernością jeżeli chodzi o ratowanie przemycanych zabytków architektury cerkiewnej. Nie przeznaczając żadnych pieniędzy na ratowanie cerkwi oraz nie wykazując jakichkolwiek chęci z tym związanych, skazywała je za sprawą niszczącego działania czasu, szabrowników, złodziei i zwykłych wandali na szybką zagładę. Chcąc ocalić jak największą spuściznę po ludności ukraińskiej należało jak najszybciej zająć się ich ratowaniem.

Pierwsze działania mające na celu zachowanie w jak najlepszym stanie cerkwi terenów południowo-wschodniej Polski wraz z ich wyposażeniem, rozpoczęto już w II poł. lat 40-tych XX w., jednak dopiero w latach 50-tych i 60-tych przybrały one na sile. Szczególną rolę w tym przedsięwzięciu odegrali ludzie związani z muzealnictwem i konserwatorstwem, jak chociażby pani Barbara Tondos-jedna z głównych inicjatorek akcji ratowniczych, oraz ówczesny Wojewódzki Konserwator Zabytków, Jerzy Tur.

Rozpocząto systematyczną penetrację terenu, która swym zasięgiem objęła te tereny, w których znajdowały się cerkwie. Akcję rozpoczęto od okolic Sanoka, w ktorym w owym czasie stanowił najwygodniejszą bazę wypadową. Rozpoznanie prowadzili studenci UJ, głównie slawistyki, których głównym zadaniem było opisywanie lub rysowanie wszystkiego tego, co widzieli w cerkwiach, kościołach i kapliczkach. „Akcja penetracyjna”, zazwyczaj odbywała się późną wiosną, latem albo wczesną jesienią, a z powodu braku komunikacji, schronisk i specjalistycznego wyposażenia wszelkie prace odbywały się w prymitywnych warunkach. Po gotowe wyposażenie cerkwi przyjeżdżała specjalna ekipa, która zabierała je do magazynów Wojewódzkiej Składnicy Zabytków Ruchomych w Łańcucie, którą z czasem przemianowano na łańcucką Składnicę Ikon, stanowiącą obecnie największy w Polsce zbiór ikon.

W owym czasie większość cerkwi miała jeszcze kompletne wystroje, a w ich wnętrzu można było odnaleźć np. obrusy na ołtarzach. Niestety wraz z intensywną akcją inwentaryzacyjną wzrosła wzmożona penetracja Bieszczadów ze strony poszukiwaczy ikon. Bardzo często zdarzało się, że wcześniej nienaruszone cerkwie całkowicie rozkradano. Wśród ludzi pragnących ratować bojkowskie i łemkowskie świątynie, zdarzali się również tzw. „pomagierzy”, którzy handlowali ikonami. Nawet w świadomości wielu ludzi związanych z kulturą, wszelkie kwestie związane z ochroną dziedzictwa kultury cerkiewnej zajmowały miejsce marginalne.

Obok akcji penetracyjnych rodziły się również inne pomysły ratowania cerkwi, jak chociażby stworzenie skansenu wielkoprzestrzennego przez Ryszarda Brykowskiego. Niestety żaden z pomysłów nie został zrealizowany. Do lat 90-tych XX w. sprawy cerkwi i kultury łemkowskiej pomijano milczeniem. Dopiero później na różnych uczelniach zaczęły tworzyć się grupy studentów z różnych kierunków, mocno zaangażowanych w akcje ratownicze i inwentaryzacyjne cerkwi co pozwoliło ocalić wiele dóbr kulturowych, będących skarbem dzisiejszych Bieszczadów.

Na zakończenie wypada podkreślić, że tylko mały procent strat wśród cerkwi był rezultatem działań wojennych albo wypadków losowych chociażby w wyniku pożaru. W przeważającej mierze była to całkowicie świadoma działalność ludzka, w wyniku której rozbierano do fundamentów obiekty sakralne będące najczęściej w dobrym stanie technicznym. Do dziś zachowało się jedynie 300 cerkwi drewnianych regionu bieszczadzkiego.

 

Older Posts »

Designed by www. bieszczady .pl © 2009
Gościniec Rabe - pensjonat w Bieszczadach